sobota, 19 sierpnia 2017

Agnieszka Tyszka "Zosia z ulicy Kociej. Na tropie"

Autor: Agnieszka Tyszka
Tytuł: "Zosia z ulicy Kociej. Na tropie"
Ilustracje: Agata Raczyńska
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2013. Wydanie pierwsze.
Liczba stron: 256






Mama moja ostatnimi czasy przynosi do domu ciekawe książki. Zapytałam ją w końcu gdzie je znajduje,  bo książki są używane.  Ciekawe czy wpadlibyście na to,  że w niewielkiej miejscowości liczącej około 20 tysięcy mieszkańców książki kupuje się w lumpeksie. Księgarni już chyba nie na żadnej...
Stamtąd też pochodzi książka, którą "połknęłam" podczas ostatnich odwiedzin Karolków, którzy nadal przebywają na wakacjach u Dziadków.

Zosia z ulicy Kociej, uczennica czwartej klasy ma problem z nauczycielką matematyki, która jest też jej wychowawczynią: nowa nauczycielka krzyczy, jest niemiła, złośliwa w stosunku do dzieci. Szybko zyskuje przydomek Mroczna Pampira. Ale Zosię otacza kochająca ją rodzina - zwariowana lekko roztrzepana mama, która wozi ją codziennie do szkoły i tata psycholog, który swoją milczącą acz troskliwą obecnością dołącza do pomysłu na poprawę wzajemnych stosunków.
By rozprawić się z zaistniałym problemem mama wpada na pomysł zorganizowania klasowo-rodzinnej imprezy integracyjnej w ich przydomowym ogródku.
Zaciekawił mnie temat poruszony w drugiej części przygód Zosi (o całej serii tutaj KLIK), ponieważ przed nami również nieuniknione zmiany wynikające z przejścia do czwartej klasy szkoły podstawowej. Nowy wychowawca, nowi nauczyciele, nowy rok szkolny z nieco zmienioną klasą, co prawda w tej samej szkole, ale w nowej rzeczywistości. Jak będzie, czy, i jak szybko dzieci oswoją się ze światem jaki czeka na nich od 1 września?


A jeśli nie, co wtedy robić?
Otóż Agnieszka Tyszka całkiem udanie podsuwa receptę na rozwiązanie dość poważnego problemu. Lekko, z nienachalną dydaktyką, z ufnością w ludzkie dobro i powodzenie przedsięwzięcia. A w efekcie - z sukcesem.
Zosia i jej otoczenie - siostra przedszkolak z tendencją do zabawnego przekręcania zasłyszanych słów, ukochana ciocia Malina (walcząca z kuną domową w brawurowy sposób), przyjaciółki Zosi - są zabawni, przyjacielscy i zwyczajni. Zosia z ulicy Kociej, po tej lekturze, stała się moją sympatyczną "sąsiadką" z osiedla ;-) Czuję, że zajrzę do niej przy najbliższej okazji by sprawdzić, co porabia i jakie jeszcze spotkały ją przygody.



Wpis bierze udział w wyzwaniach:
- "Gra w kolory III (2017)" na blogu Magdalenardo "Moje czytanie "
- "W 200 książek dookoła świata - 2017".





poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Taka szkoła życia

Poprzedni tydzień był dla mnie bardzo wyczerpujący emocjonalnie.
Napięty kalendarz spotkań.


Dwie poważne, ważne sprawy.
Rodzinna i nierodzinna.


Nierodzinna bliska mi od 2 lat, tragiczna i z pozytywnym finałem, ale bez zakończenia. Ciągnie się przez kolejne operacje, nieudane. Osobę czeka kolejna operacja wszczepienia; oby tym razem materiał okazał się dobrej jakości, bo po 3 kolejnych próbach uważam, że postępowanie lekarzy kwalifikuje się pod "uporczywą terapię".
Pomijając fragmet o przedłużaniu umierania pasuje jak ulał do tego, co lekarze robią ze znajomą:
„Uporczywa terapia jest to stosowanie procedur medycznych w celu podtrzymywania funkcji życiowych nieuleczalnie chorego, które przedłuża jego umieranie, wiążąc się z nadmiernym cierpieniem lub naruszeniem godności pacjenta”.

(definicję wzięłam stąd: klik)


Rozmowy, pomysły, konsultacje, szukanie przyszłych dróg rozwiązań. Wyczerpujące tak, że wtorkowy poranek zamienił mi się w głowie w sobotę.


Rodzinna wypłynęła 2 tygodnie wcześniej. Chyba widać jasne, ciepłe światełko.
Dziękuję Moniu za mądre słowa, za poradę i dobry kierunek, który mi wskazałaś.
Do tego jak zacząć rozmowę z bliską osobą, a wiadomo najtrudniej zacząć, inspiracji dostarczyły mi słowa księdza Bonieckiego. Zdążyłam przeczytać rozmowę z Nim w numerze "Tygodnika Powszechnego"*:
Wracając do sprawy upominania: to bywa najtrudniejsze, powiedzieć kochanej osobie, że zrobiła coś złego, i równoczesnie nie dotknąć jej tym napomnieniem. Przypomina mi się tu delikatność biskupa Jana Pietraszki. Pracowałem wtedy w kościele św. Anny w Krakowie, a biskup był proboszczem. Kiedyś mnie poprosił, żebym zwrócił uwagę jednemu z młodych kolegów księży, żeby czegoś nie robił. Nie pamiętam już, o co chodziło, ale pamiętam, jak uzasadnił swoją prośbę. Powiedział mniej więcej tak: "Bo wiesz, jak mu biskup powie, to będzie za mocne, ale jak ty mu powiesz, to będzie bardziej po koleżeńsku."

Nie chodziło o to, by było po koleżeńsku, ale właśnie chodziło o tę różnicę w relacjach...


Goc Anna, Szkoła życia, "Tygodnik Powszechny"  2017 nr 32 (3552) 







czwartek, 10 sierpnia 2017

Kto się boi Virginii Woolf?

Autor: Virginia Woolf
Tytuł: "Lata"
Przełożyła: Małgorzata Szercha
Wydawnictwo: Czytelnik
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2006
Liczba stron: 484



Trafiłam na "Lata" Virginii Woolf trochę przypadkowo. Weszłam między regały w gminnej bibliotece, wyciągnęłam rękę i "dostałam" niebieską okładkę.

Przeczytałam tę powieść z dużym zainteresowaniem; mimo, że obszerna, niemal jak epopeja, czyta się dobrze, płynnie; narracja wciąga i intryguje. Dodatkowo miałam tę przyjemność z lektury, że losy rodziny Pargiterów toczą się głównie w Londynie, mogłam więc odnotowywać i porównywać w myślach miejsca, do których przybywamy z kolejnymi przewodnikami-narratorami. A życie rodziny pokazane jest na przełomie XIX i XX wieku (1880 - lata trzydzieste XX w.).
"Lata" uznawane są za tradycyjną powieść, ale mają w sobie klimat woolf'owskiego strumienia świadomości. Celne obserwacje, wyjątkowo jasny styl, spójna z bohaterami emocjonalna narracja.
Mimo, że Virginia Woolf napisała powieść tuż przed drugą wojną światową, miała zaskakująco współczesne spojrzenie antropologiczne na rolę kobiet. Jeśli zastanowić się nad tym, jak odbierane były przez społeczeństwo pięćdziesięcioletnie kobiety jeszcze około 40-50 lat temu, to myśli Eleanor Pargiter (głównej bohaterki od początku powieści), która po śmierci ojca, w wieku tychże 50 lat stwierdza, że teraz ma przed sobą życie, są jak rewolucyjne i świeże, że nie sposób przejść obok nich obojętnie.
Być może sprawił to fakt, że Eleanor przez całe dotychczasowe życie zajmowała się głównie tym czym musiała, czyli sprawami finansowymi i zarządzaniem gospodarstwem domowym. Zatem śmierć najstarszego w rodzie, sprzedaż rodzinnego, opuszczonego domu, stawia przed nią nowe wyzwanie - teraz może robić co chce. Tak czy inaczej, jeśli dotąd nie mieliście okazji spełniać  swoich marzeń, to pięćdziesiątka jest równie świetnym startem, jak każdy inny wiek. I Eleanor korzysta z tego prawa w pełni.
Otworzyła książkę. Spodziewała się, że będzie to Podróż Ruffa lub Dziennik szarego człowieka. Był to jednak Dante; a ona była w tej chwili zbyt rozleniwiona, by wziąć inną. Przeczytała parę wierszy ma chybił trafił. Jednakże jej znajomość włoskiego zdążyła już zardzewieć. Eleanor nie chwytała sensu zdań. A przecież był w nich ten sens ukryty; wydało się jej, że ktoś grzebie jej hakiem w mózgu.
che per quanti si dice piu li nostro
tanto possiede piu di ben ciascuno.
Cóż to znaczy? Przeczytała tłumaczenie: 
Im więcej bowiem ludzi powie: "to jest nasze",
Tym więcej wspólnych dóbr stanie się ich udziałem.
Słowa te nie odsłoniły swego pełnego znaczenia przed Eleanor, której umysł muskał je tylko delikatnie, zajęty równocześnie lotem ciem pod sufitem i wołaniem sowy zataczającej kręgi wokół drzew z przeciągłym krzykiem. Zdawało się jej, że w twardej skorupie starowłoskiego języka kryje się jeszcze coś, tajemniczo zwinięte. Któregoś dnia przeczytam to sobie - pomyślała, zamykając książkę. - Kiedy Crosby przejdzie na emeryturę, kiedy... Czy kupować teraz dom? Czy może lepiej zacząć podróżować? A może wreszcie wybrać się do Indii? Sir William w sąsiednim pokoju kładł się właśnie do łóżka; miał już życie za sobą; gdy jej życie dopiero się zaczynało. Nie, nie chce mi się urządzać nowego domu, nie chcę nowego domu - myślała, wpatrując się w plamę na suficie. Znowu naszło ją złudzenie, że jest na statku, który miękko sunie przez morze; a może to pociąg, który chwieje się z boku na bok, pędząc po szynach? To niemożliwe, żeby się wszystko ciągle tak przesuwało - myślała, patrząc w sufit. - Wszystko przemija, wszystko się zmienia. I dokąd my tak idziemy? dokąd? dokąd?... Ćmy miotały się po suficie; książka zsunęła się na podłogę. Craster wygrał prosiaka, ale któż wygrał srebrną tacę? Eleanor zdobyła się wreszcie na wysiłek; odwróciwszy się na bok, zmuchnęła świecę. Zapanowała ciemność. (str. 238)
"Lata" Wirginii Woolf są pięknie przetkane niezwykłymi, subtelnymi, wrażliwymi i emocjonalnymi obserwacjami przyrody i otoczenia.
Bohaterowie nie zawsze są szczerzy i uczciwi wobec swoich bliźnich, ale są do bólu prawdziwi w swoich myślach.
Morris podniósł oczy znad książki, którą usiłował czytać. Skrzypienie pióra Eleanor irytowało go. Na chwilę przestała pisać, zaczęła znowu, potem oparła głowę na dłoni. Wszystkie troski, rzecz prosta, zwalono na nią. Choć Morris zdawał sobie z tego sprawę, Eleanor irytowała go. Wiecznie zadawała pytania - a nigdy nie słuchała, co się jej odpowiada. Morris zajrzał znowu do książki. Po cóż zmuszać się do czytania? Czuł się źle w tej atmosferze powściąganych uczuć. W tej sytuacji nic się nie da zrobić, a  mimo to wszyscy tłumią wyraźnie swoje uczucia. (str. 50)
Nad Anglią dął jesienny wiatr. Zdzierał z drzew liście, które albo spadały roztrzepane, całe w czerwonych i żółtych plamach, albo dawały się nieść hen, daleko, z fantazją zataczając szerokie kręgi w powietrzu, zanim przylgnęły do ziemi. W miastach wypadał znienacka zza węgłów i tu zdmuchiwał komuś z głowy kapelusz, ówdzie wydymał wysoko woalkę idącej kobiety. Pieniądz obracał się szybko. Ulicami ciągnęły tłumy. Urzędnicy, siedzący przy nachylonych pulpitach w kantorach w pobliżu katedry Świętego Pawła, zatrzymywali pióra na linowanych stronicach. Niełatwo było wziąć się znowu do pracy po urlopie. Nadmorskie kąpieliska - Margate, Eastbourne, Brighton - opaliły ich ciała na brąz. Wróble i szpaki, hałasujące zawzięcie pod okapami kościoła Świętego Marcina, plamiły na biało gładkie głowy posągów, które stały z rulonami papieru lub berłami w rękach dookola Parliament Square. Pędzac w ślad za statkiem pasażerskim, jesienny wiatr marszczył wody kanału La Manche, szarpał winnicami Prowansji, zmuszał leniwego młodego rybaka, wylegującego się na dnie łódki na Morzu Śródziemnym, by się odwrócił na drugi bok i szybko chwycił linkę od żagla. (str. 100)
I fragment, który najbardziej mną... wstrząsnął:
Gdy przebrzmiewała już ostatnia fala dźwięku, na otwartą przestrzeń przed katedrą wyszedł Martin. Przeciąwszy plac, przystanął zwrócony plecami do wystawy jakiegoś sklepu i zapatrzył się w górę, na wielką budowlę kościoła. Wydało mu się, że jego ciało traci cały ciężar. Doznawał dziwnego wrażenia, jakby z wnętrza jego istoty coś się wyodrębniało, zlewając się w harmonijną całość z gmachem katedry, coś się w nim naprostowywało i po chwili zastygło w bezruchu. Było to dziwnie dojmujące wrażenie - ta jakaś zmiana proporcji. Żałował, że nie został architektem. (...)
Znaleźli się znowu przed katedrą Świętego Pawła. Martin spojrzał w górę. Ten sam staruszek wciąż karmił wróble. Katedra też stała - po staremu. Martin chciałby jeszcze raz doznać tego uczucia zmiany praw ciążenia w swoim ciele i ustania wszelkiego ruchu wewnątrz swej istoty, ale ów dziwny dreszcz porozumienia między jego ciałem a kamiennym tworem nie przyszedł ponownie. (str. 254, 261)

Ta historia rodu Pargiterów jest jak życie niedopowiedziana i nieprzewidywalna. Nie dowiadujemy się wszystkiego o wszystkich mimo, że wiemy o zdarzeniach, które drastycznie zmieniają koleje losów i pozycję społeczną bohaterów. Woolf zarzuca haczyk na ludzką ciekawość i tym sposobem przyciąga. Pozostawia tajemnice i intryguje. Wiktoriańscy bohaterowie nie są drętwi i zamknięci w gorsecie etykiety i konwenansów (choć też tacy są). Dzięki temu, czytając można wziąć głęboki oddech i poczuć bicie serc.
Warto było przenieść się półtora wieku wstecz i przeżyć 50 lat z bohaterami.


Kto  się boi Virginii Woolf?
Ja nie.




Wpis bierze udział w wyzwaniach:
- "W 200 książek dookoła świata - 2017";
- "Gra w kolory III (2017)" na blogu Magdalenardo "Moje czytanie".



poniedziałek, 31 lipca 2017

Ian Whybrow "Księga straszliwej niegrzeczności..." - część 1

Autor: Ian Whybrow
Tytuł: "Księga straszliwej niegrzeczności - napisał Wilczuś z wielkiej złości"
Ilustrował: Tony Ross
Przełożył: Ernest Bryll
Wydawnictwo: Poradnia K sp. z o.o.
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2015. Wydanie I
Liczba stron: 128
 


Powiecie, że się uwsteczniam.
Ale ja uzupełniam swoją edukację literacką.
Bo jak tu nie przeczytać książki, która nagrodzona została wieloma nagrodami.
W tłumaczeniu Ernesta Brylla.


Ian Whybrow przełamał tabu dotyczące dobrego zachowania i wychowania. Mimo, że dotyczy ono młodego wilka o imieniu Wilczuś, to nauka płynąca z tej historyjki jest wieloraka i ponadgatunkowa. "Dobry przykład" własny i spójne ze słownymi deklaracjami działanie to klucz do sukcesu wychowawczego. Wilczusia, który ma się stać okrutnym, groźnym, wrednym wilkiem przez pobyt i naukę w Szkole Złości i Chytrości prowadzonej przez Złego Wujka nie daje się przekabacić na najgorszego wilka. Zły Wujek jest do szpiku kości zły, tak zły, że nawet nie umie dać dobrego złego przykładu. I nauka idzie w las...
Wilczuś na pożegnanie pierwszej części przygód postanawia zostać zuchem, a następnie założyć Akademię Poszukiwaczy Przygód. A co najważniejsze: kiedy dorośnie, chce być sobą.
Mimo groźnie brzmiącego tytułu historia warta jest przedstawienia dzieciom. Oczywiście są brzydkie wyrazy, niewłaściwe zachowania, ale myślę, że dzieci to kochają. A jaka z tego płynie morał i nauka? O to już sami zapytajcie dzieci. :-)




Wpis bierze udział w wyzwaniach:
- "W 200 książek dookoła świata - 2017";
- "Gra w kolory III (2017)" na blogu "Moje czytanie" Magdalenardo.




 

środa, 26 lipca 2017

Igor Sikirycki "Kram z wierszykami"

Autor: Igor Sikirycki
Tytuł: "Kram z wierszykami"
Ilustracje: Lucjan Urbaniak
Wydawnictwo: Krajowa Agencja Wydawnicza
Miejsce i rok wydania: Łódź 1980
Liczba stron: 64





Klasyk dziecięcej poezji miał i ma swoich wiernych naśladowców, zarówno współcześnie KLIK, ale też i 30 lat temu. Już od pierwszej strony i pierwszych rymów pobrzmiewa inspiracja Brzechwą i łatwo można odnaleźć analogię do "Idzie Grześ przez wieś" we "W kółko Macieju", do "Lenia" w "Pracusiu" i do "Samochwały" w "Zdolnym Kaziu". O podobnym rytmie, wyraźnie nawiązujące treścią i budową do wyżej wymienionych wierszy, oparte na podobnej grze słownej.
To tylko na początek, chyba by zachęcić czytelników do zagłębienia się dalej, ponieważ Igor Sikirycki [KLIK] nie jest raczej znany szerszej publice. Choć zasłużony dla kultury i sztuki w Łodzi, poświęcił się również sztuce i formom teatralnym skierowanym do młodszej widowni oraz oddany poezji mazurskiej, podejrzewam, że nie miał (i nie ma) takiego szerokiego grona odbiorców jak Brzechwa. Ale nie tylko Brzechwą Sikirycki stoi, nie odbierajmy mu chwały i talentu. Po wciągającym początku przechodzimy do krótkich, najczęściej czterowersowych satyrycznych utworów (fraszek), w których gra słów błyskotliwie puentuje szkolną i uczniowską rzeczywistość:


Lubi szkołę
Bardzo lubi nasza szkołę
Mój kolega Jasiek,
I dlatego po dwa lata
Siedzi w każdej klasie.

Poliglota
Tak go nazywają
Dziewczęta i chłopcy,
Bowiem język polski
Traktuje jak obcy.

Matematyk
Tęgi z Jacka "matematyk",
Wciąż do plotek ma tematy.


W "Kramie z wierszykami " mamy niemal samą poezję inspirowaną szkołą i dolą uczniów. Niemal, gdyż kilka ostatnich utworów nie jest związanych ze szkołą. Jest tam utwór "Dziwne zwierzę" o zebrze, która opowiada, że sprzedała paski tygrysowi i tak stała się osłem, ortograficzna łamigłówka o "Zebrze z Zegrza", która upamiętnia nazwanie przejścia dla pieszych imieniem tejże zebry, o "Cyganie", który złapany został za kradzież konia, ale próbował się wyłgać przed sądem, że ukradł tylko podkowę, do której przybito mu konia..., oraz "Nad Popradem" o rybakach łowiących ryby nie na przynętę, lecz na szczęście. A na zakończenie "Wierszyk z kukułką" obfitujący w życzenia:


Niech wierszyk ten do wszystkich dzieci
Na skrzydłach niby ptak doleci,
Głosem kukułki niech wymienia
Zawarte w strofach tych życzenia:
Niechaj wykuka na początek
Uczniom świadectwa pełne piątek,
Maluchom zaś i przeszkolakom
Pięknych zabawek ilość taką,
O jakiej każde dziecko marzy,
a jeśli chodzi o wędkarzy
Tych, co na ryby mają chętkę,
Niech życzy, by im karp zgiął wędkę,
Grzybiarzom samych grzybnych polan,
Piłkarzom zaś takiego gola,
Po którym w bramce pęka siatka,
Bo taki gol to wielka gratka.
Filatelisom wielu listów.
A w każdym znaczków koło trzystu,
Tym, co wzwyż skaczą, lekkich skoków
Z chwilą wytchnienia na obłoku,
A tym, co w dal, najdalszej dali
I aby w dali tej spotkali
Tysiące przygód właśnie takich,
O których pieśni nucą ptaki.
A gdy kukułka powymienia
Wasze życzenia i marzenia,
Wtedy na pewno i ja zdążę
Życzyć wam tylu pięknych książek,
By się wygięły wasze półki
I nich znów zabrzmi głos kukułki
Liczącej książki te starannie
Przez cały tydzień nieustannie.




Podobają mi się szczególnie te dotyczące książek... :-)


A ilustracje też zapadają w pamięć:




















Wpis bierze udział w wyzwaniach:
- "Gra w kolory III (2017)" na blogu Magdalenardo "Moje czytanie ",
- "W 200 książek dookoła świata - 2017".

sobota, 22 lipca 2017

Jeszcze tam dojadę


Jak widać, a raczej nie widać, mój urlop już się skończył.
Ciągle jednak wracam w opowiadaniach lub myślach do tego, co widziałam.




W tygodniu uraczyła mnie tym [KLIK] filmem koleżanka-ogrodniczka (właściwie: architekt zieleni).


Przypomniała mi tym samym, a uświadomiłam sobie to widząc dyskutantkę Mai, że przed wyjazdem miałam w planach mocne postanowienie odwiedzenia pewnego miejsca.

Ostatecznie, nie trafiłam tam. Brak samochodu, pogoda, która była wyzwaniem samym w sobie, nie ułatwiały swobodnego podróżowania. I kiedy teraz po powrocie sprawdziłam mapę okazało się, że to czego nie mogłam dokładnie umiejscowić przed wyjazdem, było tak naprawdę całkiem blisko. Może nie na wyciągnięcie ręki, ale prawie osiągalne. Przy pewnym wysiłku, szczególnie by przekonać moich synów, mogłam TAM dotrzeć.

Może za rok...?

:-)))



piątek, 7 lipca 2017

A niech tam

Po 21 słychać jeszcze krzyki chłopców. Bawią się na ogrodzie piłką i hałasują  jakby ich tu była cała klasa. Podziwiam właścicieli za ich cierpliwość i spokój.
Przypomina mi się moje dzieciństwo. Lato, wakacje pod blokiem, do zmroku.
Niech biegają, niech się wyszaleją. Mają nowych, poznanych tu kolegów, bawią się razem.

Choć na chwilę poluzuję "moje warkoczyki"...
Rano drapią się pogryzieni przez komary. Ale było fajnie :-).

I ja mam swój raj na ziemi. Łąki z kwiatami tworzące niewyobrażone wcześniej połączenia.
Takie proste. Żałuję, że nie umiem malować, nie mam zdolności artystycznych. Jedyne co mi przychodzi do głowy to odtworzyć te połączenia u siebie pod domem.




Nieznane gatunki złocieni polnych (czyli pewnie uciążliwych chwastów).

Odkrywam lokalne zwyczaje wspólne ze zwyczajami w mojej rodzinie. Czyżby nasze korzenie sięgały na Kaszuby?

Czuję się tu wspaniale.


środa, 5 lipca 2017

Ksiądz Twardowski umie pocieszyć

Autor: Jan Twardowski
Tytuł: "Smak radości. Anegdoty"
Wybór: Krzysztof Żmuda
Wydawnictwo: Agencja Wydawnicza Ad Oculus
Miejsce i rok wydania: Warszawa - Rzeszów 2006
Liczba stron: 96


We wstępie do tej niewielkiej książeczki ksiądz Twardowski pisze o tym, jaką wagę ma i jak smakuje radość, i cytuje słowa, którymi obdarzyła go pewna chora:
"Życzę ci, żebyś poznał smak radości w cierpieniu".
Połączenie dwóch sprzecznych pojęć - radości i  cierpienia - jest możliwe. Powiedziałabym nawet wskazane, bo czyż nie jest tak, co zauważa ksiądz Jan, że nawet gdy człowiek cierpi, został oszukany albo zniesławiony, to nasz dobry uczynek daje taką radość, że wznosi nas ponad to?
"Życzmy sobie, abyśmy - mimo obowiązków znaleźli czas dla własnej duszy. Nie myślę tylko o tym, by dojrzewal w nas dyplomowany profesor, lekarz, inżynier, ale dojrzewal w nas po prostu człowiek - coraz bardziej serdeczny, bliski, kochający, przyjmujący z radością zarówno łaskę uśmiechu, jak i łaskę ciężkiej próby. Jeśli będzie w nas rósł taki człowiek, to i w nas, i na świecie będzie więcej pokoju i radości.
Wszystkim trzeba prawdziwej miłości, bo ten, kto naprawdę kocha, jest mocniejszy."
Twardowski pisze o uśmiechu i śmiechu, który wedle starożytnych Greków obniżał dostojeństwo i powagę ludzi, ale tak naprawdę uczłowiecza.
Cóż rzec, ten nieduży zbiór, z tytułu anegdot, ma w sobie perełki innych cennych myśli i utworów księdza Jana, jak cytat powyżej. Jak "Litania do uśmiechu":

Uśmiechu w bólu głowy
uśmiechu w cierpieniu
uśmiechu gdy pieniędzy
do jutra nie starczy
uśmiechu gdy dudek
rozkłada swój czubek
bliźni przyszedł do kościoła
i na bliźnich warczy
uśmiechu kiedy koza
stanęła z zachwytu
ksiądz duszpasterz nie straszy
bo wyciągnął nogi
kiedy niewierzący
modli się po cichu
prezesowi rosną za uszami rogi
kiedy Ewa Adama
wyprowadza z Raju
ciemno coraz drożej
niebo z komarami
uśmiechu Baranku Boży
zmiłuj się nad nami

Podobnie jak z litanii, ze zbioru, zgodnie z prośbą księdza "pogodnego jak Bóg", wysypują się anegdoty oparte na paradoksach, wynikające z nieoczekiwanych zestawień sytuacji. W przypadku kościoła, świętości, księży pozwalają zachować właściwe proporcje i równowagę. Śmianie się z samego siebie to też cenna umiejętność.

Dałam tę książeczkę Starszemu podczas podróży samochodem na wakacje. Dzieci nie dostają do rąk tabletów: młodszy potrafi bawić się stymulując jazdę swoim wyimaginowanym samochodem.
Co chwilę słychać było parskanie, a te anegdoty, które najbardziej mu się spodobały czytał nam na głos.

Na przykład tę:
Słyszałem o trzyletnim Marku, który niecierpliwił się w czasie Mszy świętej, nie mogąc doczekać się końca, i wreszcie zapytał rodziców głośnym szeptem:
- Kiedy ksiądz powie: "Idźcie ofiary do domu"?
Mi zaś spodobało się ta:
Słyszałem, że do rektora Seminarium wpłynęło podanie kandydata do stanu duchownego: "Do szóstego roku życia prowadziłem życie rozpustne, ale potem się opamiętałem i nawróciłem".
Słyszałem także o innym podaniu. Kandydat na mnicha pisał prosząc o przyjęcie: "Zawsze byłem bardzo ostrożny, pamiętałem, że lew krąży rozglądając się kogo by pożarł - i unikałem przyjaźni z kobietą".
Dostał odpowiedź: "Nie nadajesz się do nas".
Ale wśród anegdot znalazła się też i taka:
Zapytano kiedyś znakomitego krytyka, Karola Irzykowaskiego:
- Jeżeli są dwa opowiadania, jednakowo dobre, które z nich jest lepsze?
Odpowiedział:
- Krótsze.
Ubawiła nas zaś taka anegdota:
Pewien ksiądz nie wiedział, jak ogłosić zapowiedzi. Narzeczony nazywał się Jan Chrzan, a narzeczona Maria Jedligówna. Wreszcie powiedział:
"Marianna z Janem Jedligówna z Chrzanem". 

Jan Twardowski, to taki poeta, który dał życiem i twórczością świadectwo łagodności, afirmacji zwykłego życia i ufności w plan boży. Myślę, że w jego słowach odnajdą się niektórzy czytelnicy tego bloga, ci(te), którym doskwiera cynizm i bezduszność cywilizacji wokół nas.

Na zakończenie zamieszczam zdjęcie z ćwiczeń do religii Młodszego (klasa pierwsza). On również interpretuje pewne tematy na swój, dziecięcy, jakże radosny sposób:

:-)




Wpis bierze udział w wyzwaniach:
- "Gra w kolory III (2017)" na blogu Magdalenardo "Moje czytanie"

- "W 200 książek dookoła świata - 2017"

poniedziałek, 3 lipca 2017

Co nie wybije to wzmocni

Tą parafrazą znanego powiedzenia chciałam zagrzać Kalinę, by nie poddawała się po kataklizmie jaki spotkał Jej świeżoobsadzone doniczki.

Wiem, że boli i przykro. Sama zastanawiam się co zastanę u siebie po powrocie z urlopu, gdyż albowiem co prawda mąż dostał polecenie podlewania, ale ... jakoś tak po męskim podlewaniu rośliny nie wyglądają z reguły tak, jak (moim zdaniem) powinny.

I tu mogę nieśmiało wyciągnąć dłoń do uścisku: Kalinie spustoszenie zrobił żywioł,  u mnie spustoszenia dokonuje świadoma decyzja.

A oto jak radzą sobie z zielenią w Kartuzach.


Bardzo mi się to rozwiązanie spodobało.

To samo widzę podczas codziennych spacerów na łąkach i poboczu dróg.


piątek, 30 czerwca 2017

Maciej Wojtyszko "Bromba i inni (po latach także...)"

Autor: Maciej Wojtyszko
Tytuł: "Bromba i inni (po latach także...) "
Ilustracje: Maciej Wojtyszko
Wydawnictwo: Agencja Edytorska "Ezop"
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2012
Liczba stron: 132

Lektura dla klasy VI szkoły podstawowej

zdjęcie okładki pochodzi ze strony wydawnictwa Ezop

Kiedy dowiedziałam się, że Bromba jest w kanonie lektur szkolnych do szóstej klasy byłam święcie przekonana, że wszyscy ją znają. Brombę. Ale różowe okulary opadły już po wejściu do biblioteki. Ups, pomyślałam.

Możliwe, że "Bromba i inni" trafiła na listę lektur niedawno, ja w każdym razie czytałam ją dawno temu z własnej, nieprzymuszonej woli. Pamiętam Kajetana Chrumpsa, Gżdacza, Kota Makawitego,  Fikandra, Glusia. Może głównie dlatego, że jako dziecko oglądałam bajkę "Tajemnica szyfru Marabuta" i wymienione postaci pozostały jak żywe w mojej pamięci.

Tymczasem zajrzyjmy do świata abstrakcyjnych postaci. Nieznane, nazwane, przestają być obce.

Pciuch 24, który dostarcza pocztę jeżdżąc na hulajnodze, Bromba przemierzająca ścieżki z żółtą torbą przewieszoną przez ramię, obładowaną przyrządami pomiarowymi, Detektyw Kajetan Chrumps, który urodził się w labiryncie i wyszedł z niego drogą dedukcji. I Fumy, o których nie pamiętałam zupełnie, lecz ten cytat skłonił mnie do ponownego sięgnięcia po dzieło Macieja Wojtyszki:
"Fumy chodzą parami albo całymi rodzinami, wydając przy tym charakterystyczne fumkanie lub cipienie. Fumkamie jest oznaką niezadowolenia, natomiast w przypadku zadowolenia zwierzę cipieje." (str. 13)
Cóż ten Autor miał na myśli?

Vicewersowie dzicy, którzy ukażą się w lustrze temu, kto zbyt długo będzie w nie patrzył.

Psztymulce - rasa wielonarodowa , która zamieszkuje samochody. Uwaga: Psztymucle angielskie jeżdżą Jagularami.

Gluś, który zrealizował swoje marzenie i został filmowcem, zgodnie z pewną zasadą, która głosi iż:
"Mimo, że należał do istot niedużych, miał wielkie marzenie. Marzenia często nie są proporcjonalne do wielkości naturalnej osoaby i gdyby tak na ulicy obok przechodniów szły ich marzenia, to okazałoby się, że ci, którzy wyhodowali największe, wcale nie należą do wysokich i potężnych." (str. 78)
Z Glusiem po latach związana jest poniższa historia z Fumem zwanym Cennikiem ("ponieważ z upodobaniem wszystko wyceniał i lubił się targować do upadłego o swoją rację").
"Tymczasem Cennik, który uważał się za znawcę, ponieważ dość dużo podróżował i widział wiele rozmaitych Wydarzeń, postanowił doradzić Glusiowi, jak ma udoskonalić swoją pracę.
- Widziałem ostatnio Jaszczurkę - opowiadał - która w biały dzień na oczach publiczności wyciągała z ziemi i zjadała glisty. Glisty się tak ciągnęły, ciągnęły... I wiesz co ci powiem? To było wstrząsające! A ta Jaszczurka! Wielka artystka!
Gluś kiwał głową i mówił, że rozumie podziw Cennika. Wyciąganie i zjadanie glist, w dodatku w biały dzień, musiało robić bardzo mocne wrażenie.
Równocześnie Gluś miał pewność, że on sam nigdy glist jeść nie będzie. No to trudno, najwyżej publiczność przestanie przychodzić do jego norki. Ale któregoś dnia, tylko do najbliższych przyjaciół, powiedział tak:
- Wydaje mi się, że Cennik bardzo upraszcza. W Historię trzeba się najpierw Zanurzyć, potem śledzić jej Przebieg, potem Odczuć Napięcia i Sprzeczności, a na końcu przeżyć Odsłonięcie czegoś, co dotąd nie było przez nas wystarczająco zauważone, a jest Niezmiernie Ważne.
- Może Cennik potrzebuje do tego właśnie Jaszczurki - powiedziała pojednawczo Bromba.
- Może - zgodzili się Fikander i Gluś." (str. 114-115)
Wspomnę jeszcze o Zwierzątku Mojej Mamy, które po latach założyło Towarzystwo Roztkliwiania się nad Losem Innych.
"Towarzystwo Roztkliwiania współczuje fokom, że muszą się kąpać w zimnej wodzie, sójkom, że wybierają się za morze i nie mogą się wybrać, kangurom, że noszą takie ciężkie torby, a wiewiórkom, że psują sobie zęby, gryząc orzechy." (str. 117)
ZMM jako potomek Pterodaktyli i Fraktali wie, że najważniejsza w nauce jest teoria chaosu. Jest też świadome tego, że
"trzepot skrzydeł Motyla w jednym miejscu może spowodować wielki huragan kilka tysięcy kilometrów dalej. Wystarczy, że taki Motyl raz tupnie, a gdzieś tam zrobi się huragan!" (str. 118)
I po to właśnie jest potrzebne Towarzystwo Roztkliwiania: bo gdyby ktoś w końcu roztkliwił się nad Motylem, ten przestałby tupać i uniknęlibyśmy huraganu.

I co, czyż nie warto, poznać Bromby i innych stworzeń? ;-)


Wpis bierze udział w wyzwaniach:
- "Gra w kolory III (2017)" na blogu "Moje czytanie" Magalenardo,
- "W 200 książek dookoła świata - 2017".

O truskawkach

Trafiliśmy do Krainy Truskawek. Nie słyszałam o niej dotąd. Jak to człowiek niewiele wie...
Kraina stoi owsem i truskawkami właśnie. Myślałam, że zostawiliśmy naszą grzadkę hen daleko stąd, z myślą, że sezon się kończy, że już sobie nie pojemy, a tu taka niespodzianka.
Okolica pachnie.

Idziemy prawie sześć kilometrów a po drodze pola. Kupiliśmy czerwone, nagrzane słońcem truskawki bezpośrednio od rolnika. Szliśmy tak z myślą, że żeby zjeść będziemy musieli sobie nazrywać, wiadomo, pole jest, koszyczki leżą, ludzi brak. Ale trafiliśmy dalej na gospodarstwa, które truskawki sprzedają prosto z pola.

Cała kobiałka zniknęła w ciągu 4 godzin. Dojrzałe, słodziutkie soczyste.
Truskawkowy raj na ziemi.

 
 

czwartek, 29 czerwca 2017

Subiektywna historia polskiego komiksu wg. Karolków

Od kiedy starszy zainteresował się komiksami postanowiłam skierować go w stronę tego, co sama czytałam w jego wieku. Kajko i Kokosz, Kleks, Profesor Nerwosolek, Binio Bill, Tytus, Romek i Atomek. Bohaterowie z ostatniej strony "Świata Młodych". Legenda, legenda, i jeszcze raz legenda. Na szczęście gminna biblioteka ma w swoich zbiorach wydania książkowe tych komiksów. Przygody ostatniej trójki bohaterów zbierałam namiętnie gdy tylko ukazało się kolejne wydanie zeszytów. Najczęściej kupując je wnioskach Ruchu. Przygody Kleksa i średniowiecznych wojów wycinałam i sklejałam w książki. Takie zajęcia były.


Autor: Szarlota Pawel
Tytuł: "Złoto Alaski"
Wydawnictwo: Młodzieżowa Agencja Wydawnicza
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1986. Wydanie I.
Liczba stron: 64


"Złoto Alaski" chyba za mocno nie zainteresowało Większego K. Odwołanie do Londona (skąd zaczerpnąć informacji o poszukiwaczach złota na Alasce), szczegółowe informacje o historycznych miejscach takich jak Dawson, a obok gadające wilki i skunks - chyba za dużo niewiadomych i niewiarygodnych rzeczy na raz.
Na Alaskę, do czasów gorączki złota można przenieść się z pewnym wysiłkiem mając do dyspozycji wyobraźnię, fragment mapy z czasów dziadka oraz pozyskany z lodówki śnieg (kiedyś lodówki wytwarzaly śnieg i lód, ale technologia no frost wyeliminowała te materie ze środka sprzętu).

Jeśli chodzi o mnie, to lubiłam komiksy o przygodach Jonki, Jonka i Kleksa, ale raziła mnie w nich ich ... skrupulatność. Trochę dziwne wrażenie.


Scenariusz i rysunki: Jerzy Wróblewski
Tytuł: "Binio Bill ...i skarb Pajutów"
Wydawnictwo: Krajowa Agencja Wydawnicza
Miejsce i rok wydania: Gdańsk 1990. Wydanie I.
Liczba stron: 46


I Binio Bill trafił na moment kiedy poszukiwany jest wielki skarb. Chodzi jednak o skarb plemienia Pajutów i tak się przedziwnie składa, że grupa Indian która ma mapę i jest wydelegowana do znalezienia skarbu, musi kopać... pod biurem szeryfa. Z drugiej strony mamy konkurencyjną grupę czarnych charakterów, która zdążyla zorientować się co do zamiarów Indian i ma ten sam cel. Kto pierwszy i sprytniejszy ten wygrywa. Szczęśliwie (jakże mogłoby być inaczej), aczkolwiek po barwnych perypetiach, dzięki którym czytelnik poznaje metody śledcze Indian (znów legenda-czy dzieci bawią się teraz w ten sposób??) wygrywają pozytywne postaci. Binio Bill stał się bohaterem zeszytu lektur Większego, więc należy uznać, że jego przygody były dla dziecka interesujące.

Tekst i rysunki: Tadeusz Baranowski
Tytuł: "Podróż smokiem Diplodokiem"
Wydawnictwo: Młodzieżowa Agencja Wydawnicza
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1988. Wydanie II
Liczba stron: 64


Na koniec najbardziej oryginalna twórczość komiksowa. "Podróż..." oraz "Antresolkę Profesora Nerwosolka " znam również ze "Świata Młodych". To były najbardziej odlotowe i barwne historie. Zresztą obecne tu kolory i rośliny nadal wywołują moje zdziwienie i zainteresowanie.



Zaś po przeczytaniu komiksu po kilkudziesięciu latach od pierwszego razu odkryłam w nim dużą dozę autoironii, erudycji oraz niewymuszonej nonszalancji autora wobec swoich bohaterów.

Bohaterami komiksu Tadeusza Baranowskiego są czarodziej Lord Hokus-Pokus, profesor Nerwosolek ze swoją gospodynią Entomologią. Podziw wzbudzają niezwykle naturalistyczne ilustracje dinozaurów (które powstały w czasach kiedy jeszcze dinozaury nie przeżywały swego renesansu zainicjowanego filmem "Jurassic Park"). Podróż w czasie i przestrzeni możliwa jest dzięki niedużemu dinozauropodobnemu smokowi Diplodokowi, spotykamy tu krasnala przemieszczonego do tablic logrytmicznych oraz dobrą Babę Jagę, którą bohaterowie podróży ostrzegają przed Jasiem i Małgosią. Komiks Baranowskiego to faktycznie uczta dla bystrych i oczytanych czytelników bowiem autor stosuje gry słowne i zapożyczenia z różnych gatunków literatury.
To nie taki zwykły komiks.

Wydaje mi się też, że mam w domu książkę zatytułowaną "Skąd się bierze woda sodowa", której Baranowski jest również autorem.

Dzięki Margarithes [KLIK] wiem, że Autor oddał się malarstwu, a z ich szczerych, ciepłych rozmów wyłania się niezwykły, doświadczony życiem, mądry człowiek.



Wpis bierze udział w wyzwaniu:

- "Gra w kolory III (2017)" Magdalenardo na blogu "Moje czytanie",

- "W 200 książek dookoła świata - 2017".

wtorek, 27 czerwca 2017

Na wakacje

Wyruszamy, jak zwykle w swoim tempie, na wakacje. Rowery i torby spakowane, dzieci w samochodzie - jest 11:30 kiedy startuje silnik.
Do Większego K. dzwoni telefon.
- Powiedz Babci, że już jedziemy.

Po chwili słyszę:
- "Tak, już jedziemy. Właśnie jesteśmy przy bramie".


sobota, 17 czerwca 2017

Założenia, czyli teoria w praktyce

Lada chwila lato.

W drugim roku po posadzeniu głównych roślin w ogrodzie stwierdzam, że założenia się sprawdzają.  Miało kwitnąć i pachnieć. I tak na razie jest.
Po tawule Grefsheim zakwitły lilaki Meyera i chińskie (zapach unosił się odlotowy), którym towarzyszyła krzewuszka Nana. Teraz już kończą kwitnienie jaśminowce.



Fotoreportaż z powodu niespodziewanej awarii telefonu przesunął się w publikacji o tydzień, więc to, co na zdjęciach już częściowo przeminęło z wiatrem.


Róże w pąkach i rozwijają się, lawenda ma nadal kłosy (a u sasiadów kwitnie, hm).



I tu na scenę wkroczył czarny cień czarnego kota, który uporczywie demonstrował swoją ważność, "No kto tu jest piękniejszy?"



Potem na dłuższy czas zakróluje budleja, którą przycięłam drastycznie chcąc mieć przyrosty od ziemi, ale krzewy były trochę zaniedbane przez żywot doniczkowy i bałam się czy dadzą radę. Na szczęście dają :-)

W tym roku zostały wysadzone nowe kolory (pomarańczowy i żółty) gladioli vel mieczyków. Czosnek olbrzymi przekwitł, a ten z drobniutkich cebulek jeszcze zbiera siłę, pęcznieje i nie zdążył się otworzyć.
Tu zdjęcia dokładnie sprzed miesiąca.


 Z pięciu zasadzonych cebulek dały radę trzy:



Piwonie kuszą obietnicą, ale na razie drobnymi pączkami. Ziemia jest piaszczysta i jałowa, ale podlewam je czule.

I bez czarny o ciemnych liściach i różowawych kwiatostanach kwitnie:


Co cieszy nie tylko mnie


Poziomki i truskawki już są. Agrest musiał być podparty solidnym drągiem bo ma tyle owoców, że jeszcze trochę i by się biedny złamał. Próbuję ogarnąć szereg hortensji bukietowych. A konkurencja w postaci chwastów wśród lilaków, jaśminowców i reszty szczęścia (podlewana z zasięgu sąsiadowej podlewaczki) "pokazuje kto tu rządzi".

Lepiej tak:

czy tak?


Sąsiad po dwóch słowach stwierdził, że może ustawić tak sprzęt żeby woda nie dolatywala do nas. Jestem jak najbardziej za, bo najbardziej służy to chwastom.

Do zobaczenia!




wtorek, 13 czerwca 2017

Teoria śpiskowa

I jak tu nie wierzyć w teorie spiskowe...?

Wczoraj w ciągu dnia przyszedł sms od operatora, że czas na zmianę telefonu.
Po południu padła bateria - telefon się zwyczajnie, po prostu rozładował.
Wieczorem podłączyłam go i nacisnęłam po chwili przycisk by zobaczyć czy już można go włączyć (używam telefonu do kontroli czasu podczas budzenia). Pokazał wtyczkę, czyli że nie. Po kilkunastu minutach przełożyłam go do innego gniazdka i... już nie dał oznak życia.
Ładował się całą noc i nic.

I jak tu nie wierzyć w to, że była to zaplanowana celowa zdalna destrukcja sprzętu po wygaśnięciu gwarancji?!

Tym samym przepadły mi zdjęcia, które zrobiłam do postu o ogrodzie.

Buhuhuu




czwartek, 1 czerwca 2017

Złote myśli


Zasłyszana historyjka w jaki sposób niezbyt aktrakcyjna dziewczyna próbuje umówić się z wybrankiem:

"Wiem, że wyglądam jak granatowa Multipla [KLIK] w gazie, ale może byś się ze mną umówił...?"


She made my day :-))))




środa, 31 maja 2017

Ryszard Marek Groński "Słońca w trawie"

Autor: Ryszard Marek Groński
Tytuł: "Słońca w trawie"
Ilustrował: Andrzej Dudziński
Wydawnictwo: Krajowa Agencja Wydawnicza RSW "Prasa-Książka-Ruch". Biuro Wydawniczo-Propagandowe
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1974
Liczba stron: 56


Ta książka, która towarzyszyła mi przez całe moje dotychczasowe życie, miałam ją ciągle w pamięci, ale wstyd przyznać przeczytałam ją dopiero teraz.
W tym nietypowym 11,5x21 cm formacie na półce stała jeszcze jedna pozycja (pewnie niedługo tutaj też zagości) z ilustracjami Bohdana Butenki, którą kilka razy na pewno przeczytałam, ale tej jakoś nie mogłam nawet rozpocząć.
Unosiła się wokół niej aura "dziwności" (już sam tytuł, sami widzicie), a teraz kiedy wiem już o czym jest, zaproponowałam mojemu 10 latkowi by sobie ją przeczytał i wciągnął do zeszytu lektur...
Zobaczymy czy go pozytywnie zaskoczy. ;-)

"Słońca w trawie" zaczyna się jak klasyczny western. Do miasteczka Dodge City przybywa nowy szeryf.  Dlaczego western? Klasyczna narracja przewiduje, że "nowy" ma zrobić porządek z zastanym układem. Równolegle, podobnie skonstruowana akcja dzieje się na Dzikim Zachodzie i w miejscowości w Polsce. Polskim bohaterem jest pan Grzegorz, który jako kierownik budowy ma za zadanie ukończyć budowę szpitala. Inwestycja wlecze się niemiłosiernie, a materiały budowlane znikają niepostrzeżenie z placu budowy, służąc do wykończenia prywatnej budowy.
 
Gdy na Dzikim Zachodzie nowy szeryf rozwiązuje zagadkę kradzieży stad krów, polski Clint Eastwood przy akompaniamencie "Zakwita raz biały kwiat" Ali Babek i z wydatną pomocą nieletniego narratora (którego imienia nawet nie poznajemy) rozprawia się z kombinatorami i złodziejami. Odkładając na bok własne drobne porachunki i małostkowe pretensje doprawdza do zakończenia budowy szpitala, ale znika (oddelegowany na kolejną budowę) tuż przed oddaniem budynku do użytku.

Rzecz jasna nie jest to lektura, która przewraca życie do góry nogami. Nie żałuję też, że sięgnęłam po nią tak późno. Właściwie, to nawet dobrze się stało, ponieważ z perspektywy lat widzę, że sprawy opisane na początku lat siedemdziesiątych miały swoje drugie życie także piętnaście-dwadzieścia lat później. Myślę też, że nawet i dziś.

i te intrygujące rysunki wewnątrz...
... a tytułowe słońca w trawie to zachodzące słońce w kroplach deszczu na trawie.


Wpis bierze udział w wyzwaniach:

- "Gra w kolory (III) 2017" na blogu Magdalenardo "Moje czytanie",

- "W 200 książek dookoła świata - 2017"
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...