poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Taka szkoła życia

Poprzedni tydzień był dla mnie bardzo wyczerpujący emocjonalnie.
Napięty kalendarz spotkań.


Dwie poważne, ważne sprawy.
Rodzinna i nierodzinna.


Nierodzinna bliska mi od 2 lat, tragiczna i z pozytywnym finałem, ale bez zakończenia. Ciągnie się przez kolejne operacje, nieudane. Osobę czeka kolejna operacja wszczepienia; oby tym razem materiał okazał się dobrej jakości, bo po 3 kolejnych próbach uważam, że postępowanie lekarzy kwalifikuje się pod "uporczywą terapię".
Pomijając fragmet o przedłużaniu umierania pasuje jak ulał do tego, co lekarze robią ze znajomą:
„Uporczywa terapia jest to stosowanie procedur medycznych w celu podtrzymywania funkcji życiowych nieuleczalnie chorego, które przedłuża jego umieranie, wiążąc się z nadmiernym cierpieniem lub naruszeniem godności pacjenta”.

(definicję wzięłam stąd: klik)


Rozmowy, pomysły, konsultacje, szukanie przyszłych dróg rozwiązań. Wyczerpujące tak, że wtorkowy poranek zamienił mi się w głowie w sobotę.


Rodzinna wypłynęła 2 tygodnie wcześniej. Chyba widać jasne, ciepłe światełko.
Dziękuję Moniu za mądre słowa, za poradę i dobry kierunek, który mi wskazałaś.
Do tego jak zacząć rozmowę z bliską osobą, a wiadomo najtrudniej zacząć, inspiracji dostarczyły mi słowa księdza Bonieckiego. Zdążyłam przeczytać rozmowę z Nim w numerze "Tygodnika Powszechnego"*:
Wracając do sprawy upominania: to bywa najtrudniejsze, powiedzieć kochanej osobie, że zrobiła coś złego, i równoczesnie nie dotknąć jej tym napomnieniem. Przypomina mi się tu delikatność biskupa Jana Pietraszki. Pracowałem wtedy w kościele św. Anny w Krakowie, a biskup był proboszczem. Kiedyś mnie poprosił, żebym zwrócił uwagę jednemu z młodych kolegów księży, żeby czegoś nie robił. Nie pamiętam już, o co chodziło, ale pamiętam, jak uzasadnił swoją prośbę. Powiedział mniej więcej tak: "Bo wiesz, jak mu biskup powie, to będzie za mocne, ale jak ty mu powiesz, to będzie bardziej po koleżeńsku."

Nie chodziło o to, by było po koleżeńsku, ale właśnie chodziło o tę różnicę w relacjach...


Goc Anna, Szkoła życia, "Tygodnik Powszechny"  2017 nr 32 (3552) 







czwartek, 10 sierpnia 2017

Kto się boi Virginii Woolf?

Autor: Virginia Woolf
Tytuł: "Lata"
Przełożyła: Małgorzata Szercha
Wydawnictwo: Czytelnik
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2006
Liczba stron: 484



Trafiłam na "Lata" Virginii Woolf trochę przypadkowo. Weszłam między regały w gminnej bibliotece, wyciągnęłam rękę i "dostałam" niebieską okładkę.

Przeczytałam tę powieść z dużym zainteresowaniem; mimo, że obszerna, niemal jak epopeja, czyta się dobrze, płynnie; narracja wciąga i intryguje. Dodatkowo miałam tę przyjemność z lektury, że losy rodziny Pargiterów toczą się głównie w Londynie, mogłam więc odnotowywać i porównywać w myślach miejsca, do których przybywamy z kolejnymi przewodnikami-narratorami. A życie rodziny pokazane jest na przełomie XIX i XX wieku (1880 - lata trzydzieste XX w.).
"Lata" uznawane są za tradycyjną powieść, ale mają w sobie klimat woolf'owskiego strumienia świadomości. Celne obserwacje, wyjątkowo jasny styl, spójna z bohaterami emocjonalna narracja.
Mimo, że Virginia Woolf napisała powieść tuż przed drugą wojną światową, miała zaskakująco współczesne spojrzenie antropologiczne na rolę kobiet. Jeśli zastanowić się nad tym, jak odbierane były przez społeczeństwo pięćdziesięcioletnie kobiety jeszcze około 40-50 lat temu, to myśli Eleanor Pargiter (głównej bohaterki od początku powieści), która po śmierci ojca, w wieku tychże 50 lat stwierdza, że teraz ma przed sobą życie, są jak rewolucyjne i świeże, że nie sposób przejść obok nich obojętnie.
Być może sprawił to fakt, że Eleanor przez całe dotychczasowe życie zajmowała się głównie tym czym musiała, czyli sprawami finansowymi i zarządzaniem gospodarstwem domowym. Zatem śmierć najstarszego w rodzie, sprzedaż rodzinnego, opuszczonego domu, stawia przed nią nowe wyzwanie - teraz może robić co chce. Tak czy inaczej, jeśli dotąd nie mieliście okazji spełniać  swoich marzeń, to pięćdziesiątka jest równie świetnym startem, jak każdy inny wiek. I Eleanor korzysta z tego prawa w pełni.
Otworzyła książkę. Spodziewała się, że będzie to Podróż Ruffa lub Dziennik szarego człowieka. Był to jednak Dante; a ona była w tej chwili zbyt rozleniwiona, by wziąć inną. Przeczytała parę wierszy ma chybił trafił. Jednakże jej znajomość włoskiego zdążyła już zardzewieć. Eleanor nie chwytała sensu zdań. A przecież był w nich ten sens ukryty; wydało się jej, że ktoś grzebie jej hakiem w mózgu.
che per quanti si dice piu li nostro
tanto possiede piu di ben ciascuno.
Cóż to znaczy? Przeczytała tłumaczenie: 
Im więcej bowiem ludzi powie: "to jest nasze",
Tym więcej wspólnych dóbr stanie się ich udziałem.
Słowa te nie odsłoniły swego pełnego znaczenia przed Eleanor, której umysł muskał je tylko delikatnie, zajęty równocześnie lotem ciem pod sufitem i wołaniem sowy zataczającej kręgi wokół drzew z przeciągłym krzykiem. Zdawało się jej, że w twardej skorupie starowłoskiego języka kryje się jeszcze coś, tajemniczo zwinięte. Któregoś dnia przeczytam to sobie - pomyślała, zamykając książkę. - Kiedy Crosby przejdzie na emeryturę, kiedy... Czy kupować teraz dom? Czy może lepiej zacząć podróżować? A może wreszcie wybrać się do Indii? Sir William w sąsiednim pokoju kładł się właśnie do łóżka; miał już życie za sobą; gdy jej życie dopiero się zaczynało. Nie, nie chce mi się urządzać nowego domu, nie chcę nowego domu - myślała, wpatrując się w plamę na suficie. Znowu naszło ją złudzenie, że jest na statku, który miękko sunie przez morze; a może to pociąg, który chwieje się z boku na bok, pędząc po szynach? To niemożliwe, żeby się wszystko ciągle tak przesuwało - myślała, patrząc w sufit. - Wszystko przemija, wszystko się zmienia. I dokąd my tak idziemy? dokąd? dokąd?... Ćmy miotały się po suficie; książka zsunęła się na podłogę. Craster wygrał prosiaka, ale któż wygrał srebrną tacę? Eleanor zdobyła się wreszcie na wysiłek; odwróciwszy się na bok, zmuchnęła świecę. Zapanowała ciemność. (str. 238)
"Lata" Wirginii Woolf są pięknie przetkane niezwykłymi, subtelnymi, wrażliwymi i emocjonalnymi obserwacjami przyrody i otoczenia.
Bohaterowie nie zawsze są szczerzy i uczciwi wobec swoich bliźnich, ale są do bólu prawdziwi w swoich myślach.
Morris podniósł oczy znad książki, którą usiłował czytać. Skrzypienie pióra Eleanor irytowało go. Na chwilę przestała pisać, zaczęła znowu, potem oparła głowę na dłoni. Wszystkie troski, rzecz prosta, zwalono na nią. Choć Morris zdawał sobie z tego sprawę, Eleanor irytowała go. Wiecznie zadawała pytania - a nigdy nie słuchała, co się jej odpowiada. Morris zajrzał znowu do książki. Po cóż zmuszać się do czytania? Czuł się źle w tej atmosferze powściąganych uczuć. W tej sytuacji nic się nie da zrobić, a  mimo to wszyscy tłumią wyraźnie swoje uczucia. (str. 50)
Nad Anglią dął jesienny wiatr. Zdzierał z drzew liście, które albo spadały roztrzepane, całe w czerwonych i żółtych plamach, albo dawały się nieść hen, daleko, z fantazją zataczając szerokie kręgi w powietrzu, zanim przylgnęły do ziemi. W miastach wypadał znienacka zza węgłów i tu zdmuchiwał komuś z głowy kapelusz, ówdzie wydymał wysoko woalkę idącej kobiety. Pieniądz obracał się szybko. Ulicami ciągnęły tłumy. Urzędnicy, siedzący przy nachylonych pulpitach w kantorach w pobliżu katedry Świętego Pawła, zatrzymywali pióra na linowanych stronicach. Niełatwo było wziąć się znowu do pracy po urlopie. Nadmorskie kąpieliska - Margate, Eastbourne, Brighton - opaliły ich ciała na brąz. Wróble i szpaki, hałasujące zawzięcie pod okapami kościoła Świętego Marcina, plamiły na biało gładkie głowy posągów, które stały z rulonami papieru lub berłami w rękach dookola Parliament Square. Pędzac w ślad za statkiem pasażerskim, jesienny wiatr marszczył wody kanału La Manche, szarpał winnicami Prowansji, zmuszał leniwego młodego rybaka, wylegującego się na dnie łódki na Morzu Śródziemnym, by się odwrócił na drugi bok i szybko chwycił linkę od żagla. (str. 100)
I fragment, który najbardziej mną... wstrząsnął:
Gdy przebrzmiewała już ostatnia fala dźwięku, na otwartą przestrzeń przed katedrą wyszedł Martin. Przeciąwszy plac, przystanął zwrócony plecami do wystawy jakiegoś sklepu i zapatrzył się w górę, na wielką budowlę kościoła. Wydało mu się, że jego ciało traci cały ciężar. Doznawał dziwnego wrażenia, jakby z wnętrza jego istoty coś się wyodrębniało, zlewając się w harmonijną całość z gmachem katedry, coś się w nim naprostowywało i po chwili zastygło w bezruchu. Było to dziwnie dojmujące wrażenie - ta jakaś zmiana proporcji. Żałował, że nie został architektem. (...)
Znaleźli się znowu przed katedrą Świętego Pawła. Martin spojrzał w górę. Ten sam staruszek wciąż karmił wróble. Katedra też stała - po staremu. Martin chciałby jeszcze raz doznać tego uczucia zmiany praw ciążenia w swoim ciele i ustania wszelkiego ruchu wewnątrz swej istoty, ale ów dziwny dreszcz porozumienia między jego ciałem a kamiennym tworem nie przyszedł ponownie. (str. 254, 261)

Ta historia rodu Pargiterów jest jak życie niedopowiedziana i nieprzewidywalna. Nie dowiadujemy się wszystkiego o wszystkich mimo, że wiemy o zdarzeniach, które drastycznie zmieniają koleje losów i pozycję społeczną bohaterów. Woolf zarzuca haczyk na ludzką ciekawość i tym sposobem przyciąga. Pozostawia tajemnice i intryguje. Wiktoriańscy bohaterowie nie są drętwi i zamknięci w gorsecie etykiety i konwenansów (choć też tacy są). Dzięki temu, czytając można wziąć głęboki oddech i poczuć bicie serc.
Warto było przenieść się półtora wieku wstecz i przeżyć 50 lat z bohaterami.


Kto  się boi Virginii Woolf?
Ja nie.




Wpis bierze udział w wyzwaniach:
- "W 200 książek dookoła świata - 2017";
- "Gra w kolory III (2017)" na blogu Magdalenardo "Moje czytanie".



poniedziałek, 31 lipca 2017

Ian Whybrow "Księga straszliwej niegrzeczności..." - część 1

Autor: Ian Whybrow
Tytuł: "Księga straszliwej niegrzeczności - napisał Wilczuś z wielkiej złości"
Ilustrował: Tony Ross
Przełożył: Ernest Bryll
Wydawnictwo: Poradnia K sp. z o.o.
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2015. Wydanie I
Liczba stron: 128
 


Powiecie, że się uwsteczniam.
Ale ja uzupełniam swoją edukację literacką.
Bo jak tu nie przeczytać książki, która nagrodzona została wieloma nagrodami.
W tłumaczeniu Ernesta Brylla.


Ian Whybrow przełamał tabu dotyczące dobrego zachowania i wychowania. Mimo, że dotyczy ono młodego wilka o imieniu Wilczuś, to nauka płynąca z tej historyjki jest wieloraka i ponadgatunkowa. "Dobry przykład" własny i spójne ze słownymi deklaracjami działanie to klucz do sukcesu wychowawczego. Wilczusia, który ma się stać okrutnym, groźnym, wrednym wilkiem przez pobyt i naukę w Szkole Złości i Chytrości prowadzonej przez Złego Wujka nie daje się przekabacić na najgorszego wilka. Zły Wujek jest do szpiku kości zły, tak zły, że nawet nie umie dać dobrego złego przykładu. I nauka idzie w las...
Wilczuś na pożegnanie pierwszej części przygód postanawia zostać zuchem, a następnie założyć Akademię Poszukiwaczy Przygód. A co najważniejsze: kiedy dorośnie, chce być sobą.
Mimo groźnie brzmiącego tytułu historia warta jest przedstawienia dzieciom. Oczywiście są brzydkie wyrazy, niewłaściwe zachowania, ale myślę, że dzieci to kochają. A jaka z tego płynie morał i nauka? O to już sami zapytajcie dzieci. :-)




Wpis bierze udział w wyzwaniach:
- "W 200 książek dookoła świata - 2017";
- "Gra w kolory III (2017)" na blogu "Moje czytanie" Magdalenardo.




 

środa, 26 lipca 2017

Igor Sikirycki "Kram z wierszykami"

Autor: Igor Sikirycki
Tytuł: "Kram z wierszykami"
Ilustracje: Lucjan Urbaniak
Wydawnictwo: Krajowa Agencja Wydawnicza
Miejsce i rok wydania: Łódź 1980
Liczba stron: 64





Klasyk dziecięcej poezji miał i ma swoich wiernych naśladowców, zarówno współcześnie KLIK, ale też i 30 lat temu. Już od pierwszej strony i pierwszych rymów pobrzmiewa inspiracja Brzechwą i łatwo można odnaleźć analogię do "Idzie Grześ przez wieś" we "W kółko Macieju", do "Lenia" w "Pracusiu" i do "Samochwały" w "Zdolnym Kaziu". O podobnym rytmie, wyraźnie nawiązujące treścią i budową do wyżej wymienionych wierszy, oparte na podobnej grze słownej.
To tylko na początek, chyba by zachęcić czytelników do zagłębienia się dalej, ponieważ Igor Sikirycki [KLIK] nie jest raczej znany szerszej publice. Choć zasłużony dla kultury i sztuki w Łodzi, poświęcił się również sztuce i formom teatralnym skierowanym do młodszej widowni oraz oddany poezji mazurskiej, podejrzewam, że nie miał (i nie ma) takiego szerokiego grona odbiorców jak Brzechwa. Ale nie tylko Brzechwą Sikirycki stoi, nie odbierajmy mu chwały i talentu. Po wciągającym początku przechodzimy do krótkich, najczęściej czterowersowych satyrycznych utworów (fraszek), w których gra słów błyskotliwie puentuje szkolną i uczniowską rzeczywistość:


Lubi szkołę
Bardzo lubi nasza szkołę
Mój kolega Jasiek,
I dlatego po dwa lata
Siedzi w każdej klasie.

Poliglota
Tak go nazywają
Dziewczęta i chłopcy,
Bowiem język polski
Traktuje jak obcy.

Matematyk
Tęgi z Jacka "matematyk",
Wciąż do plotek ma tematy.


W "Kramie z wierszykami " mamy niemal samą poezję inspirowaną szkołą i dolą uczniów. Niemal, gdyż kilka ostatnich utworów nie jest związanych ze szkołą. Jest tam utwór "Dziwne zwierzę" o zebrze, która opowiada, że sprzedała paski tygrysowi i tak stała się osłem, ortograficzna łamigłówka o "Zebrze z Zegrza", która upamiętnia nazwanie przejścia dla pieszych imieniem tejże zebry, o "Cyganie", który złapany został za kradzież konia, ale próbował się wyłgać przed sądem, że ukradł tylko podkowę, do której przybito mu konia..., oraz "Nad Popradem" o rybakach łowiących ryby nie na przynętę, lecz na szczęście. A na zakończenie "Wierszyk z kukułką" obfitujący w życzenia:


Niech wierszyk ten do wszystkich dzieci
Na skrzydłach niby ptak doleci,
Głosem kukułki niech wymienia
Zawarte w strofach tych życzenia:
Niechaj wykuka na początek
Uczniom świadectwa pełne piątek,
Maluchom zaś i przeszkolakom
Pięknych zabawek ilość taką,
O jakiej każde dziecko marzy,
a jeśli chodzi o wędkarzy
Tych, co na ryby mają chętkę,
Niech życzy, by im karp zgiął wędkę,
Grzybiarzom samych grzybnych polan,
Piłkarzom zaś takiego gola,
Po którym w bramce pęka siatka,
Bo taki gol to wielka gratka.
Filatelisom wielu listów.
A w każdym znaczków koło trzystu,
Tym, co wzwyż skaczą, lekkich skoków
Z chwilą wytchnienia na obłoku,
A tym, co w dal, najdalszej dali
I aby w dali tej spotkali
Tysiące przygód właśnie takich,
O których pieśni nucą ptaki.
A gdy kukułka powymienia
Wasze życzenia i marzenia,
Wtedy na pewno i ja zdążę
Życzyć wam tylu pięknych książek,
By się wygięły wasze półki
I nich znów zabrzmi głos kukułki
Liczącej książki te starannie
Przez cały tydzień nieustannie.




Podobają mi się szczególnie te dotyczące książek... :-)


A ilustracje też zapadają w pamięć:




















Wpis bierze udział w wyzwaniach:
- "Gra w kolory III (2017)" na blogu Magdalenardo "Moje czytanie ",
- "W 200 książek dookoła świata - 2017".

sobota, 22 lipca 2017

Jeszcze tam dojadę


Jak widać, a raczej nie widać, mój urlop już się skończył.
Ciągle jednak wracam w opowiadaniach lub myślach do tego, co widziałam.




W tygodniu uraczyła mnie tym [KLIK] filmem koleżanka-ogrodniczka (właściwie: architekt zieleni).


Przypomniała mi tym samym, a uświadomiłam sobie to widząc dyskutantkę Mai, że przed wyjazdem miałam w planach mocne postanowienie odwiedzenia pewnego miejsca.

Ostatecznie, nie trafiłam tam. Brak samochodu, pogoda, która była wyzwaniem samym w sobie, nie ułatwiały swobodnego podróżowania. I kiedy teraz po powrocie sprawdziłam mapę okazało się, że to czego nie mogłam dokładnie umiejscowić przed wyjazdem, było tak naprawdę całkiem blisko. Może nie na wyciągnięcie ręki, ale prawie osiągalne. Przy pewnym wysiłku, szczególnie by przekonać moich synów, mogłam TAM dotrzeć.

Może za rok...?

:-)))



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...